czwartek, 19 stycznia 2012

O tempora!

Urzędy nam się "informatyzyzują", petent teraz może w nocy (albo i nad ranem) wypełnić wniosek w internecie a potem pójść do urzędu i tylko się podpisać (jak ktoś ma elektroniczny podpis to i to nie), a urzędnicze dinozaury jakby w przeczuciu rychłej zagłady  - mili że do rany przyłóż. A jeszcze kilka lat temu obrazki jak z Misia czy Alternatywy i kultowe: "Czego?! Nie widzi, że jem!". Nawet pan mi życzył powodzenia i nie czułem w jego głosie ani krztyny złośliwości. Tempora mutantur...
...et nos mutamur in illis. Z nieba lecą nadal białe płatki w ilości nieco utrudniającej życie. W szkołach nadal przeglądy kolęd i pastorałek, a na drogach prawdziwy Armagedon związany z naszym niedouczeniem i fatalnym stanem technicznym naszych stalowych rumaków - widzę już zadowolone miny blacharzy i lakierników siedzących w cieple swoich warsztatów lub domków i zacierających łapki z uciechy. Toż to będzie dochód z tych wszystkich stłuczek.
Wracając do przeglądów właśnie wczoraj zostałem wydelegowany przez panią wychowawczynię mojej córki młodszej ( z jej pomocą zresztą - te oczyska lekko załzawione i cienki głosik "tatusiu no proszę.." - cholera, a normalnie to twardy jestem) i musiałem zawieźć trzy przeurocze małe osóbki na taką imprezę, zamieniając się w międzyczasie z kierowcy w wychowawcę i managera tego zespołu - no właściwie trzech solistek. Przyznaję, że nie wytrzymałbym jako nauczyciel. Mówcie co chcecie, ale to ciężka praca. Nie daję rady wytrzymać nawet 15 minut przerwy, migający kłąb kolorów, przewalający się po korytarzu w tempie nie do uchwycenia dla oczu dorosłego osobnika i wrzeszczący jak Piekarski na mękach tyle że setką głosów cieniutkich, daje po uszach ilością decybeli mniej więcej odpowiadającą startowi promów kosmicznych, przyprawiając co słabszych duchem o natychmiastową chęć odwrotu w zacisze pokoju nauczycielskiego. I jeszcze trzeba znosić te bezczelne spojrzenia i przymówki gówniarzy na lekcjach, a chciałoby się palnąć w łeb jednego i drugiego ot tak dla przykładu, żeby innych zniechęcić. Pewnie byliśmy tacy sami. No pewnie tak. Tyle że za moich czasów nauczyciel nie był chłopcem do bicia, czy też przedmiotem drwin gawiedzi, a czymś pośrednim pomiędzy herosem a olimpijskim bogiem i obrazić go znaczyło mniej więcej tyle co narazić się na rychłą i dość niemiłą zemstę samego Zeusa uosabianego przez  DYREKTORA! I przyznaję, że zarówno dyrektora mojego z podstawówki, historyka zwanego przez co bardziej spoufalonych z łacińska "Scotiusem", jak i z liceum, czyli popularnego "Siwego", darzyłem niejakim szacunkiem, pomimo że niekoniecznie wyznałem tą samą ideologię. Obecnie jest inaczej. Ale przyznajmy się w końcu - nie jest to wina szkoły tylko rodziców, zapatrzonych w swoje pociechy i uważających je za 8 zoologiczny cud świata, który to zaszczyt dzielą z wielbłądem i pawianem pospołu (że tak sparafrazuję pewną postać literacką). Ale no cóż, pewnie nasze dzieci będą narzekały na zdziczenie obyczajów swoich pociech i tak właśnie toczy się od lat tysięcy krąg życia.