piątek, 11 stycznia 2013

Motyl i skafander. Obejrzane wczoraj.

Czasami ogląda się telewizję przypadkiem. Zupełnie bez zamiaru oglądania czegokolwiek wlepia się oczy w ekran i pozwala nawet podświadomie karmić papką informacyjną. Tym razem było inaczej. Zupełnie przypadkowo przełączyłem telewizor i akurat zaczął się film "Motyl i skafander" - dość już leciwa produkcja z roku 2007. Przyznaję, że pominąłem ten film, kiedy był na topie i dopiero teraz miałem okazję zobaczyć go po raz pierwszy. Fabuła oparta na książce, której autor Jean-Dominique Bauby, opisuje swoje własne doświadczenia. Książki nie czytałem, ale spróbuję, a sporo już powiedziano na temat tego filmu, sporo dobrego nawet. Nie będę więc powtarzał tego wszystkiego.
Może dlatego, że bohater był moim równolatkiem a może dlatego, że film i fabuła różnią się od większości produkcji, które miałem nieszczęście ostatnio oglądać film wywarł na mnie ogromne wrażenie.
 Bohater na skutek wylewu zostaje całkowicie sparaliżowany, całym kontaktem ze światem i całym jego światem staje się jedyne pozostałe mu sprawne oko. Film jest więc w większości opowieścią z tej właśnie dziwnej i groteskowej prawie perspektywy pola widzenia jednego oka. Mimo to, dzięki ludziom i chęci życia czy też miłości do życia, jaką miał przed udarem, udaje się mu komunikować ze światem, nawet opisać za ich pośrednictwem myśli i wspomnienia, które są wszystkim co mu pozostało w książce. Sceny widziane unieruchomionym w jednej pozycji okiem, są mistrzowsko przeplatane okruchami wspomnień, marzeniami, fantazjami. Sceny wzruszają, poruszają, skazują widza na myślenie, na wchodzenie w ten świat zamkniętego w bezużytecznej skorupie ciała umysłu. Jednak bez tandetnej ckliwości telenoweli. Umysł jest całym światem i bronią, bronią przed śmiercią i zapomnieniem. Pozwala spełniać marzenia, podróżować, kochać. I w tym wszystkim jest pewna apoteoza człowieczeństwa, zwrócenie uwagi na rzeczy, na które nigdy nie mamy czasu a które są ważne i bez których jesteśmy tylko fizycznie działającymi mechanizmami, bez życia  w środku. Tak więc autor i bohater zarazem odkrywa pełnię swojego istnienia dopiero wtedy, kiedy staje się uwięziony w swoim własnym ciele. Może to i przerażające, ale czy, tak z ręką na sercu, możemy powiedzieć, że nie jesteśmy do niego podobni?
Z czystym sercem mogę więc polecić wejście na chwilę w ten niezwykły świat. Pełen humoru i realnych uczuć. Prawdziwy do bólu.