sobota, 4 lutego 2012

O Jakubie Wędrowyczu i podagrze

Mróz za oknem taki, że i magii można by było spróbować żeby trochę mniej dokuczał. Chociaż jestem zdania że jest zima, więc i mróz być musi. W przerwie więc pomiędzy pracą koncepcyjną, pisaniem bloga i innymi zajęciami równie miłymi, jak np. uspokajanie drgawek i wycie z bólu z powodu stawów śródstopia pomyślałem, że miło byłoby poczytać znowu coś kompletnie oderwanego od rzeczywistości i wróciłem do Homo bimbrownikus Andrzeja Pilipiuka.
Wierzcie, lub nie, ale kocham Jakuba Wędrowycza. Już widzę uśmieszki na mordkach moich kolegów po tym wyznaniu. Tak panowie. Jestem zagorzałym fanem tego degenerata. Dla mniej zorientowanych w polskiej fantazy (bo to chyba ten gatunek) przedstawiam:


Jakub Wędrowycz - egzorycysta amator, narodowości po trosze Starozakonny, nieco Ukrainiec, chyba coś tam też i Polak. Zawód - według władz hiena cmentarna, kłusownik oraz niepoprawny i hurtowy bimbrownik. Ogólnie postać jaką, z doświadczenia wiem, łatwo spotkać w okolicach jego rodzinnych Wojsławic, a także jak sądzę koło Lublina, Radomia, Rzeszowa, Krakowa  a nawet, o zgrozo, w samej Stolicy. Łatwiej chwyta za krowiak, widły i flaszkę bimbru, niż za gazetę czy książkę, chronicznie nienawidzi wampirów, czarowników, upiorów oraz sąsiadów z Bardakami na czele. A jednak pod powierzchownością trola górskiego (łącznie z charakterystycznym zapachem), kryje w sobie ludową mądrość, której nigdy nie miałem zamiaru lekceważyć, łącznie z poszanowaniem starych praw i obyczajów oraz sposobami na poprawę sytuacji w kraju (wg. Jakuba należy stosować metodę warstwową: warstwa komunistów, warstwa ziemi i znowuż warstwa komunistów). Równie barwni są jego przyjaciele, np. niejaki Semen Korczaszko lat bodajże 120 (!) w każdym razie brał z pewnością udział w wojnie rosyjsko-japońskiej, a obecnie kultywuje tradycje kozackie i białogwardyjskie na swoich kilkudziesięciu metrach kwadratowych chałupy. Jakub jest tak cudownie inny niż Supermen, Batman, James Bond, czy też inne płody poronionego zachodniego umysłu. Tak cudownie polski, bliski, że pomimo smrodu skarpetek, chciałoby się uściskać serdecznie i całą flaszkę najlepszego bimbru wypić, w tym godnym towarzystwie. 
Tak więc z przyjemnością śledziłem  poczynania bohatera, czy może anty-bohatera w Stolicy, stykającego się i walczącego (jak zwykle skutecznie) z kultami prasłowiańskimi, wikingami nawróconymi na katolicyzm, demonami Egiptu i w końcu naszą rodzimą dresiarnią (sam czasem mam ochotę). A wszystko tak niedalekie memu sercu przez miejsca akcji i poczucie humoru wschodnie, nasze. I tak mimo gorączki, a może dzięki niej, przygody te układały się w niesamowicie pogmatwany sen. Wywołując majaki godne LSD a równie przyjemne, jak smak najlepszej Jakubowej berbeluchy. Więc na pohybel wampirom i Bardakom! Niech żyje Wędrowycz! 
Wracając do rzeczywistości, oglądałem jakiś reportaż o rapującej babci z Wojsławic. No proszę. Toż to miejscowość słynna, jak widać nie tylko egzorcystami ale i innymi oryginałami. Więc może na urlop do Wojsławic?