piątek, 10 lutego 2012

Wojna przegrana


Mimo mrozów, dzieje się dużo. Może momentami nawet zbyt dużo. Zaczynam gubić rachubę dni, więc  powoli zwalniam tempo przed weekendem. Niestety weekend nie oznacza dla mnie odpoczynku a jedynie lekkie spowolnienie funkcji życiowych. Swoiste interludium do następnego tygodnia. Ale teraz z powodu piątku siedzę sobie i staram się zapomnieć o tych dwóch dniach. Średnio wychodzi, ale za to mogę sobie myślami wybiegać w innych kierunkach niż tylko praca i obowiązki.
Gdzieś w Internecie znalazłem ciekawą dyskusję na temat „naszej” interwencji w Afganistanie – Wojna przegrana. Dlaczego? Różne wersje i tłumaczenia - trochę śmieszne i trochę straszne. Głosy w rodzaju zacofani ludzie, położenie geograficzne, topografia terenu, im tak pasuje itp. 
No fakt. Zadziwiające jest jednak, że zarówno politycy nowoczesnej Europy i Ameryki, jak i sztabowcy armii NATO (nawet nie mam pretensji do naszych) nie uczą się niczego z historii, ja nawet nie mówię o starożytności, ale nawet tej najnowszej. Bodajże Persowie jako pierwsi poznali, że pomimo strategicznej pozycji tegoż kraju i łatwości z jaką można go zająć, utrzymać w ręku to terytorium nie jest już tak łatwo. Grecy na czele z Aleksandrem, Seleucydzi, Partowie, Arabowie i Mongołowie, aż po Rosjan pozostawiali tam zarówno cząstki swojej kultury (ci ostatni w większości w postaci AK-47 i innego uzbrojenia) jak i trupy swoich żołnierzy. Po dzień dzisiejszy mieszkańcy tych terenów są rozwarstwieni, rozbici na setki małych lub większych plemion i klanów. Dodatkowo teren jaki zamieszkują jest wymarzony do działań partyzanckich, zasadzek, ucieczek i morderczych łowów na człowieka. Wystarczy poczytać sobie wspomnienia rosyjskich żołnierzy, którzy przeżyli to piekło lub nawet naszych dzielnych wojaków, którzy mieli okazję zobaczyć to wszystko na własne oczy. A właściwie po co? Jaki interes mamy w tak odległym kraju, poza prestiżem uczestnictwa w akcji aliantów?
Politycy podkreślają jak ważna to dla nas misja i jak wiele na niej zyskaliśmy. Podejrzewam, że odmiennego zdania są rodziny tych żołnierzy, którzy wrócili w metalowych pojemnikach i ci którzy powrócili stamtąd z doświadczeniami, których nie należy zazdrościć żadnemu człowiekowi.
To prawda, że możemy być w większości dumni z naszych, którzy pomimo niedostatku sprzętu, potrafią działać i to nawet skutecznie w takich warunkach. Nieocenione jest także doświadczenie jakie jednostki zdobywają w prawdziwej walce. Ale to małe korzyści w porównaniu do poniesionych strat. Straty w sprzęcie i ludziach, koszty utrzymania kontyngentu to jedno. Występowania w roli okupanta – bo właśnie w tej roli występują tam nasze wojska, to zupełnie inna para kaloszy.
Kto wie, czy nie będzie to kiedyś ocenione przez historię tak jak pacyfikowanie rozruchów na Haiti za Napoleona, czy może i gorzej. Kto jak kto, ale Polacy jakoś nie mają dobrych skojarzeń dotyczących okupacji. Ostatecznie prawie 200 lat z małymi przerwami, byliśmy okupowani i prowadziliśmy mniej lub bardziej udane próby walki z okupantem.
A w końcu, czy rzeczywiście konieczne jest „niesienie pomocy” Afgańczykom? Moim zdaniem jest to, jak w przypadku interwencji ZSRR, jeszcze jeden przypadek „niesienia bratniej pomocy” cywilizacyjnie „mniej rozwiniętym” narodom, dzikiego wschodu. Nic też dziwnego, że Afgańczycy w większości pragną za wszelką cenę ową pomoc odeprzeć. Zważmy chociażby na fakt, że w czasach kiedy na naszych ziemiach, przodkowie nasi ledwo uczyli się garncarstwa lub obróbki metalu, tam panowali Hellenowie, Persowie i inne ludy kulturowo i cywilizacyjnie przewyższające nas o głowę. Styl życia obecnych mieszkańców i ich „ubóstwo” i zacofanie nie jest moim zdaniem wcale efektem ich „niższości” a jedynie ciągłej „pomocy” napływającej ze wszystkich stron. Wojna nie wpływa dodatnio na rozwój nauki czy szkolnictwa, nie mówiąc o sztuce czy poezji. Marne szanse na zostanie pisarzem czy poetą ma ktoś urodzony z karabinem w ręku.
Czas więc najwyższy wycofać się z honorem, o ile to jeszcze możliwe i doradzić to samo innym. Ostatecznie udział w NATO i innych sojuszach nie zobowiązuje nas do baraniego posłuszeństwa, a podobno Polacy swój rozum mają. Ale może nie dotyczy to rządu i polityków? No ale to inny kabaret. Kompletnie.