wtorek, 6 marca 2012

Kazimiera Szczuka story czyli z pamiętnika męskiego szowinisty.

5:30 to kiepska pora na wstawanie. W normalnych warunkach nic i nikt nie zmusiłby mnie do poderwania się z wyra o tak nieludzkiej porze. Ale warunki nie były normalne. To była koszmarna noc. Jak zwykle nie pamiętałem co mi się śniło, ale że nie było to normalne, ani przyjemne to pewne. Pewnie każdy kiedyś miał takie uczucie że budzi się zlany potem jakby spadł na łóżko z wysokiego budynku.
No nic. Wcześniej pojadę do pracy. Będzie spokojnie i zdążę napić się kawy zanim telefon rozdzwoni się na dobre. Jak zwykle nie zjadłem śniadania tylko po dłuższym prysznicu, którym chciałem zmyć z siebie te koszmarne wizje senne ubrałem się i z teczką w ręku podreptałem po samochód.
Strażniczka na parkingu popatrzyła na mnie dziwnie i jakby z wyrzutem - musiałem wyglądać kretyńsko z przekrwionymi ślepiami i worami pod nimi jakich nie powstydziłby się rasowy alkoholik. Może to kwestia nieuprasowanej koszuli? Nie ważne. Samochód szybko się nagrzewał.
Minus 3 stopnie, Marzec. Cholera - pomyślałem  - mogłoby już być cieplej. Mniej wachy by szło.
Włączyłem radio i spikerka miękkim seksownym głosem zaczęła mówić o sukcesach premier Muchy, która właśnie podpisała traktat o uzależnieniu Niemiec od dostaw polskiego gazu łupkowego z kanclerz Angelą Merkel.
Swoją drogą - przemknęło mi przez myśl - kto by się spodziewał jeszcze kilka lat temu. Wszyscy pamiętali o blamażu na Euro 2012 - wpadka milenium. Udekorowała sędziego finałowego meczu. A teraz? Premierka. A Merkel  - stara klępa trzyma się u koryta już tyle lat i nadal wygląda na 60. Baby! Eeeech ...
Samochód lekko i posłusznie poddając się  ruchom kierownicy wyjechał na ulicę cicho mrucząc silnikiem. Jak na takiego grata trzymał się nieźle. A ja lubię prowadzić. Nawet bardzo. Zawsze byłem dumny z tego, że mimo wieku refleks mam lepszy niż niektóre małolaty.
Bardziej wyczułem niż zobaczyłem malutką toyotkę, która wyjeżdżając ze stacji benzynowej wymusiła na mnie pierwszeństwo. Zakląłem i zatrąbiłem, o włos tylko unikając zderzenia.
No i jak chamie jeździsz! Debil! - usłyszałem, kiedy po stronie kierownicy opuściła się szyba toyoty - Prostak niewychowany! Kobiecie pierwszeństwa nie ustąpi. Kto ci prawo jazdy dał tłuku!
Zatkało mnie. O, żesz ty.. w mordę!
Ale filigranowa brunetka za kierownicą czerwonego samochodziku nie miała zamiaru wdawać się w polemiki z takim elementem jak ja i popędziła lewym pasem trąbiąc na czym świat stoi.
Dobra. Tylko spokojnie. Przecież to początek dnia. Nie ma co sobie psuć humoru jedną babą. Podkręciłem głośność radia - akurat nadawano jakąś audycję muzyczną - Barbara Streisand śpiewała "Woman in love" a ja pogwizdywałem sobie nerwowo do melodii. Pewnie tamta mała też była "in love", chociaż kto by tam chciał taką heterę. Swoją drogą ESKA ROCK od paru lat nadaje nad ranem takie smuty że żal już ich słuchać. Przełączyłem na CD z przyjemnością przyjmując właściwą dawkę decybeli w postaci piosenki Mutter Rammstain'u. Klasyka - westchnąłem.
Jak zwykle pod firmą nie mogłem znaleźć miejsca do zaparkowania. Dwa razy przetoczyłem się dookoła budynku zanim zobaczyłem jak do wielkiego vana jakaś młoda mama pakuje dziecko, wózek i laptopa, niekoniecznie w tej kolejności i szykuje się do odjazdu.
Sadystka zrywa o takiej porze dzieciaka  - skrzywiłem się, odkręcając szybę i zapalając papierosa.
Mała dziewczynka przypięta w foteliku na tylnym siedzeniu, uśmiechnęła się słodko i pomachała mi z entuzjazmem, a potem pokazała język, krzywiąc się groteskowo.
Smarkula. Niech się cieszy, że nie jestem tatusiem. Dostałaby w dupę jak nic - niewesoła refleksja o wychowaniu pociech nie zepsuła mi frajdy z papierosa.
Włączyłem awaryjne i cierpliwie poczekałem 5 minut, aż mamuśka wycofa. Nie było sensu się spieszyć, przecież wstałem rano i miałem mnóstwo czasu. Ulica była całkiem pusta i słychać było tylko moje kroki. Nie lubię kiedy półbuty mi stukają jakbym szedł na wysokim obcasie. Ale no wiadomo dress code obowiązuje i obuwie trzeba nosić odpowiednie. Zbudziłem portierkę i poprosiłem o klucz na trzecie piętro. Babsztyl spojrzał na mnie, jak co dzień, z pewnym niesmakiem i wyciągnął klucz do biura, podając mi go z obrzydzeniem jak zdechłą mysz. Poczułem z ulgą, że drzwi windy zamykają się za moimi plecami i ciarki jakich zawsze dostawałem, kiedy ktoś gapi się na mnie z tyłu powoli mijają.
Ostatecznie była uzbrojoną i nieźle przeszkoloną babą o posturze NRD-owskiej lekkoatletki. Może to niemęskie ale odrobinę się jej bałem. Odkąd zaczęła tu pracować, widać było, że darzy mnie antypatią, chociaż starałem się, żeby nie dać jej poznać że odwzajemniam to uczucie. W swoim dobrze rozumianym interesie. Ostatecznie dostać pałą po plecach nie zalicza się do przyjemności.
Puste biuro o wczesnym poranku ma w sobie coś ze scenografii tanich horrorów. Po takiej nocy jak ta, mój mózg dodatkowo płatał mi figle, podpowiadając sceny z oglądanych kiedyś filmów klasy C czy D. Cholerna wyobraźnia. W ciemnym socjalnym napełniłem czajnik i wróciłem do pokoju. Odruchowo sprawdziłem kalendarz na dziś. Standard. Po południu spotkanie z psycholożką - chodzę na terapię od kilku lat. Wieczorem ma wpaść córka - odkąd została chirurżką w Klinice Uniwersyteckiej, ma coraz mniej czasu dla starego. Czajnik bezprzewodowy powoli zaczynał parować na stoliku obok. Zapach porannej kawy to najprzyjemniejsza część dnia. Potem może być już tylko gorzej.
To prawda.  Było. Ledwie wybiła 8:00 dzwonek telefonu oderwał mnie od sprawdzania maili.
Na górę mi tu !- ten wrzask rozpoznałbym wszędzie. - Dywanik! Natychmiast!
Szefowa nie uznawała sprzeciwu. Zresztą ci co się sprzeciwiali, "kontynuowali karierę poza strukturami firmy", znikając z biurowej rzeczywistości jak za dotknięciem czarodziejskiej różdźki.
Stara czarownica - mruknąłem zabezpieczając komputer i pakując do kieszeni marynarki telefon.  - Pewnie znowu ma problem ze zrozumieniem ostatniego raportu.
Wejście do Gabinetu było jak wrota Hadesu - brakowało tylko napisu "lasciate ogni speranza voi ch'entrate". Podejrzewam nawet że wchodzący dopiekła mieli przyjemniej i większe szanse na wyjście.
Asystentka Szefowej jak zwykle w schludnym kostiumie, kiwnęła mi głową, pomalowaną na wściekle rudy kolor i wskazała na drzwi. W jej oczach błysnęło coś jakby współczucie.
Nawet fajna kicia - pomyślałem lubieżnie i  z ciężkim sercem otworzyłem drzwi.
No w końcu ruszyłeś swój gruby tyłek! - smok nie dawał chwili na zebranie myśli.  - Ale dzisiaj dość już tego! Koniec ciepłej posadki! Masz.. podpisuj albo wynocha! Zrozumiano?
Lekko speszony wziąłem do ręki podsunięty mi papier:


Do najwyższej kontroli komisji czystości gatunku

Ja, niżej podpisana, oświadczam, że urodziłam się mężczyzną wbrew swojej woli. W związku z powyższym wnoszę, aby moje dotychczasowe poczynania jako samca uznano za niebyłe, gdyż działałam zbałamucona ówcześnie panującą męską cywilizacją. Jednocześnie w pełni zgadzam się z powszechnie panującym przekonaniem, iż mężczyzn nie było, nie ma i nie potrzeba.


O k....!  - wyrwało mi się.
Szefowa spojrzała z sadyzmem w oczach i sięgnęła ręką pod biurko - Nie tacy jak ty próbowali śmieciu!
Usłyszałem dźwięk alarmu i trzask drzwi gdzieś z tyłu za mną. Do pokoju wpadły cztery ochroniarki, wszystkie mniej więcej postury tego cerbera z portierni.
Nie chce po dobroci? To pogadamy z nim inaczej dziewczyny - głos Szefowej przeszedł w syk - brać go! I niech poczuje, że nieposłuszeństwo boli!
Przypadkiem wróciło mi właśnie czucie w nogach więc zdołałem uchylić się przed pierwszą i podstawiając jej nogę uniknąć ciosu pałką w potylicę, obróciłem się wokół własnej osi, bardziej przypadkiem niż rozmyślnie, chwytając strażniczkę za nadgarstek i jakimś cudem spowodować, że druga i trzecia wpadły na nią z impetem.
Po moim trupie!  - wrzasnąłem uradowany tym sukcesem i dziarsko jak na staruszka o mojej tuszy wywijając kozła na podłodze, co pozwoliło mi z kolei minąć się z kopniakiem wymierzonym w moje krocze. Walnąłem z całym impetem w drzwi do sekretariatu. Na moje szczęście drzwi otwierały się na zewnątrz. Zdążyłem je zamknąć za sobą kiedy poczułem jak ostatnia z ochrony walnęła w nie z kopa z siłą godną dorosłego bawołu. Wytrzymały. Słuchając wrzasku ślicznotki z sekretariatu przesunąłem pod drzwi szafę z aktami, której w normalnym stanie nie mógłbym nawet odchylić od ściany. Adrenalina działa cuda! Lepiej niż viagra!
W tym momencie usłyszałem jak sekretarka  - żmija jedna, nadaje do swojej różowej komóreczki!
TU JEST! OCHRONA BUDYNKU DO SEKRETARIATU!! - wrzeszczała ruda małpa.
Zamknij się ! wrzasnąłem zabierając jej telefon.
Nie było dużo czasu do namysłu. Trzeba było działać póki miałem jeszcze adrenalinę w sobie.
No tak, mają mnie - pomyślałem  - stąd nie ma ucieczki. Pewnie obstawiły już wyjścia, a winda to pułapka.
Rzucając komórą sekretarki o ścianę, wybiegłem na schody pożarowe i skierowałem się do góry. Drzwi na dach były zamknięte  - ale tego dnia żaden zamek i żadne drzwi nie stanowiły dla mnie przeszkody. Z marszu uderzając barkiem w drzwi wypadłem na dach pokryty białym żwirkiem.
Moje wejście przerwało chyba kopulację jakiejś parze gołębi, ale poza tym dach był pusty. Drzwi zamknąłem i zaryglowałem znalezionym obok kawałkiem metalowej sztaby. Dysząc podbiegłem do krawędzi dachu i rozejrzałem się dookoła. Nie było drogi ucieczki! Najbliższym budynkiem był wielki wieżowiec o szybach lekko różowych w promieniach wschodzącego słońca. Na wielkim billboardzie zawieszonym na całej prawie długości ściany wielki portret Kazimiery Szczuki  uśmiechał się kpiąco patrząc na mnie krzywo - miałem wrażenie że w jej oczach widzę triumf.
Napis wielkimi czerwonymi literami wyżerał mi świadomość - Liga Broni! Liga Radzi! Liga nigdy Cię nie zdradzi! Śmierć samcom!
Drzwi na dach pękły pod naporem szturmujących strażniczek i stanęły otworem. Pozostało tylko jedno. Niczym zaszczuty pies zawróciłem z chrzęstem żwiru w połowie dachu i wybiegłem całym pędem poza jego krawędź.
Nigdy mnie nie dostaniecie! Modliszki! - wrzasnąłem z całych płuc. Zacząłem spadać......






5:30. Cholera.. co za sen... ufff... tylko sen? To wszystko pewnie przez to że przed zaśnięciem oglądałem Kazimierę Szczukę. i Manuelę Gretkowską słodko udowadniające w programie Lisa że mężczyźni to jednak przeżytek.
A właściwie którego to mamy? 8 marca?? Koszmar.....