środa, 14 marca 2012

Män som hatar kvinnor - wersja druga

Proszę nie brać tytułu dosłownie. Nie znam ani trochę szwedzkiego. I nie chcę pisać tu o moich antyfeministycznych przekonaniach. Zresztą, nie darzę kobiet nienawiścią - może poza paroma. Chodzi mi o film. "Dziewczyna z tatuażem" Davida Finchera. Nawet z tego co pamiętam grająca tytułową dziewczynę Rooney Mara, była nominowana w tym roku do Oskara.
Rzadko oglądam filmy na bieżąco. Z reguły po premierze czekam na pierwsze recenzje na forach lub opinię mojego znajomego, który pochłania wszystko jak leci ze wskazaniem na ambitniejsze pozycje, których ja nie oglądam, bo dla mnie żeby film był ciekawy i dobry w pierwszych sekundach musi zginąć jakieś 5  - 10 osób. Tym razem znalazłem czas na thriller na podstawie powieści Stiega Larssona z czystej ciekawości  - no i przyznaję wiedziony wieczornym marazmem umysłowym. Fabuła, jak przystało na powieści Larssona ewidentnie zmusza do śledzenia jej od początku do końca, momentami zaskakuje i przeraża trafnościami spostrzeżeń co do ludzkiej natury a raczej jej wynaturzeń. Scenarzysta nie miał tu wiele do roboty, a więc film stara się po prostu być wiernym odzwierciedleniem książki. Aktorzy natomiast stają na wysokości zadania i wychodzi z tego opowieść mroczna i ciekawa, trzymająca w napięciu i momentami przewrotna. I tak właśnie powinno być. Nie żałuję, że dałem się wciągnąć w ten mroczny świat, z całym klimatem skandynawskich krajobrazów, nieco ponurą pogodą i tajemnicami ukrytymi w zaciszu z pozoru poukładanych i spokojnych miasteczek. Ciekawy efekt dało to, że oczywiście aktorzy mówią po angielsku natomiast wszelkie reklamy, gazety, napisy, cokolwiek co się pojawia do czytania w tle są po szwedzku. Wszystko byłoby super i ach i och, gdyby nie moja cholerna pamięć. Wszystko to wydawało mi się jakimś deja-vu.
Otóż, przyznaję, że mam ostatnimi laty słabość do sensacyjnego kina skandynawskiego, że wspomnę tylko kryminalną serię o norweskim prywatnym detektywie o nazwiskiem Varg Veum (przetłumaczono tą serię jako "Instynkt wilka"), którego przygody wciągnęły mnie kompletnie swoim realizmem sytuacyjnym, czy film o fińskim gliniarzu  - Harjunpaa (nie mam pojęcia jak się to wymawia, z Fińskim gorzej u mnie niż ze Szwedzkim). Czytałem też trochę powieści Stiega Larssona i kilku innych autorów. Mniejsza z tym.
Fascynuje mnie w tych kryminałach to, że są mroczne i prawdziwe. Tutaj w trakcie strzelaniny kończy się amunicja, bohater może dostać ostro po mordzie, czasem nawet ginie w męczarniach, a zagadki są bardzo realistyczne. Cenię nieprzewidywalność fabuły i to, że czasami do końca zastanawiam się nad rozwikłaniem zagadki pomimo, że wszystkie poszlaki mam jak na dłoni. I to właśnie sprawiło, że kilka lat temu oglądałem film Nielsa Opleva, który był również wierną adaptacją powieści Larssona "Män som hatar kvinnor". Film w którym nie występował Daniel Craig (chociaż przyznaję przystojny facet i moim zdaniem znacznie lepiej wypadł niż w Bondach), na który pewnie poszło połowę tego budżetu, a mimo to bardzo dobry i ośmielam się powiedzieć, że dorównujący jeśli nie przewyższający swoją kalkę amerykańską (chociaż w wersji amerykańskiej Rooney Mara gra obłędnie i do licha powinna dostać Oskara!)


Skłoniło mnie to do rozmyślań nad filmami i amerykańskim stylem prowadzenia biznesu filmowego. Oglądam sobie film zrobiony w Hollywood z pełnym firmamentem gwiazd i tak dalej, a potem znajduję gdzieś to samo tylko znacznie wcześniej i ciekawiej zrobione przez Norwegów, Duńczyków, Francuzów, Japończyków, Koreańczyków czy Papuasów. Super sprawa. Wystarczy tylko kilka nazwisk znanych wszem i wobec, żeby zarobić na czymś co już ktoś kiedyś zrobił zmieniając jedynie opakowanie. A potem Akademia Filmowa w U.S.of A. zachwyca się oryginalnością dzieła. Widać taki ichni patriotyzm lokalny, że wolą produkty rodzime nawet jeśli takimi do końca nie są. 
Mimo to polecam -oba filmy. Cudowne uzupełnienie zimowego wieczoru ze szklanką whisky.