niedziela, 11 marca 2012

Zalany robak, czyli powrót w lata 70-te


Wczoraj miałem małe rodzinne spotkanie. Spotkania rodzinne bywają bardzo różne, najczęściej po prostu są i nie należy ich komentować. Szczególnie jeśli ma się syndrom zatrucia alkoholowego po ogromnej ilości wódy jaką się wychlało w dniu poprzednim. I jak zawsze obiecuję sobie że już nie będę pił tego świństwa. Do następnego razu, kiedy będę chciał zalać robaka i pozbawić się na chwilę nieznośnego ciężaru egzystencji. Nieważne. "Miło było", jak powiedział kiedyś mój znajomy Japończyk, żegnając się ze mną wylewnie na lekko chwiejnych nogach po spożyciu dawki napojów wyskokowych, która nie zrobiłaby wrażenia na 5 latku.  Swoją drogą poprosiłem go potem żeby zdjął jednak ze swojej strony niektóre zdjęcia z mojego mieszkania pt. My friends in Poland, na których wyglądało, że się nad nim pastwimy. Nie uchodzi tak upowszechniać naszej kultury.
Żeby się nieco odprężyć - to znaczy przestać myśleć o tym, że w mojej głowie siedzi sobie wściekły krasnolud i nawala młotkiem, czy kilofem w resztki szarych komórek jakie jeszcze tam się obijają - słucham Nazareth. Chociaż niektórzy znajomi utrzymują, że brałem udział w bitwie pod Kadesz oraz w potopie szwedzkim (nie precyzując po której stronie), ta grupa jest nieco starsza ode mnie (co nie znaczy wcale, że przygrywała Noemu na arce).  Panowie już mocno nobliwi obecnie mają grać w kwietniu w Lublinie. Mam ochotę się wybrać na koncert, chociaż znając mnie nie będę miał czasu. Co prawda większość pamięta pewnie tylko "Dream on" czy "Love hurts", to jednak miło byłoby zobaczyć tych dinozaurów rocka na scenie. Od lat 70-tych trochę minęło to więc mam nadzieję, że przybędą bez respiratorów i na własnych nogach. 
A to taka próbka tego co jeszcze kiedyś grali :) dla tych którzy lat 70-tych nie mogą pamiętać lub pamiętają je tylko jak przez mgłę - z jakiegokolwiek powodu.